Zawsze zastanawiałam się jak to jest być idealnym. Mieć idealną rodzinę, idealny dom, idealnych przyjaciół, idealny plan, idealną figurę, idealny gust i idealne zachowanie. Jak to jest kiedy wszystko zapięte jest na ostatni guzik i nie ma miejsca na chwilę słabości? Jak żyją ludzie, którzy nie mają słabości? Otóż wreszcie wiem. Oni tak naprawdę nie istnieją, chociaż wiele osób stwarza takie pozory.
Sama jeszcze niedawno chciałam mieć wszystko idealne. I przez jakiś czas rzeczywiście wszystko szło po mojej myśli, myślałam: "Złapałam Pana Boga za nogi, jest pięknie, nic nie może się zepsuć". Tylko w tą idealność zaczęła wkradać się codzienność. Moje wrodzone bałaganiarstwo. To materialne, bo nie umiem zapanować nad swoimi rzeczami, więc są w wiecznym nieładzie. I niestety, też to bałaganiarstwo duchowe. Zapomniałam o codziennych porządkach w swojej duszy. Chociaż myślałam, że jest zupełnie inaczej.
Od jakiś dwóch miesięcy wszystko układało mi się wspaniale. Czego się nie dotknęłam, to zamieniało się w złoto. Szkoła, mieszkanie, praca, znajomi i przyjaciele. Wszystko było piękne. Zaczęłam żyć tak, jak zawsze chciałam. W zgodzie ze sobą, z własnymi poglądami. Żyć naprawdę. Byłam niesamowicie szczęśliwa. I właśnie przez to upadek zabolał dziesięć tysięcy razy bardziej niż bolałby jeszcze pół roku temu.
Kiedy uświadomiłam sobie, że na chwilę zagubiłam gdzieś swoje, niedawno odnalezione, wartości poczułam się jakby mnie ktoś skopał. Wewnętrznie leżałam gdzieś na opuszczonym chodniku i byłam na dnie. Początkowo próbowałam się usprawiedliwić. Przecież już nie jeden i nie dwa razy w życiu zdarzały mi się takie sytuacje. I nic. Tylko, że teraz byłam za bardzo świadoma, ile mogę stracić, a i tak gdzieś upadłam. Potknęłam się o własną pychę, zbyt dużą wiarę w swoje możliwości. I pewnie bym została na tym chodniku na wiele długich tygodni. Oczywiście zakładając maskę radości, żeby wszyscy dookoła myśleli, że leżę tam, bo chcę podziwiać gwiazdy. Tylko, że od dwóch miesięcy wiem, że nie chcę przeżyć życia w pozycji horyzontalnej.
Wiem, że im dłużej bym leżała na tym chodniku, tym trudniej byłoby mi wstać. Wziąć się w garść. Po chwili euforii przyszła codzienność. I wyrzuty sumienia, które by mnie zjadły. Najważniejsze jest nastawienie. I przypomnienie sobie o tym, że nie chciałam upaść. Nie zrobiłam tego specjalnie. Tak, zrobiłam coś źle, nie wszystko poszło po mojej myśli. Tylko co z tego? Czy nie lepiej wstać, naprawić to i znów ruszyć do przodu? Podnieść się z chodnika i iść do ciepłego domu? Przecież nie jestem złym człowiekiem, chociaż upadałam już tyle razy. I być może zdarzy się to ponownie, ale z każdym razem będę walczyć o siebie coraz bardziej świadomie. I coraz szybciej wstawać, bo chcę iść wyprostowana przez życie.
Są takie słowa, które w takich sytuacjach napawają mnie niezwykłym optymizmem:
Wstań ze swojego własnego chodnika, idź do domu, żyj pięknie i podnoś się z każdego upadku. Jeszcze życie wyjdzie Ci!
Świetny wpis, bardzo pozytywny!
OdpowiedzUsuńUpadamy dlatego,żeby móc się podnieść. A to, wbrew pozorom, jest sztuka.
Pozdrawiam i do siebie zapraszam: http://www.szeptyduszy.blog.onet.pl
Będę zaglądala tu częściej, bo widzę,że warto.